2015 04 30 – Dojazd

Pierwsza wyprawa AKT Mamut w Karpaty Wschodnie. Po trzech sezonach w polskich górach postanowiliśmy wyruszyć na wschód. A wszystko zaczęło się w naszych głowach 26-go lipca 2014. Tego dnia odbyliśmy wycieczkę z Mucznego poprzez Tarnicę na Halicz. Po pierwsze zaczęliśmy już szukać jakiegoś nowego wyzwania na przyszły rok bo w Polsce zostało nam już niewiele. Ale ważniejszy okazał się drugi element. Gdy już przebiliśmy się przez tłumy na szczyt Halicza nie trudno było nie dostrzec wysokich i pięknych szczytów na południowym wschodzie już po ukraińskiej stronie granicy (piszę oczywiście o paśmie Pikuja 1408, Ostrej Hory 1405 i Połoniny Równej 1480). Wielu znajomych w przeszłości nas namawiało na wyprawy w Gorgany czy też w Czarnohorę ale jakoś tak nigdy nam nie było po drodze. Teraz postanowiliśmy to zmienić. Jedziemy po raz pierwszy w życiu na wschód. To właśnie na Haliczu nastąpiło w nas to mentalne przestawienie.

Na początku oczywiście zaczęliśmy podpytywać wszystkich naszych znajomych jak to jest na tej Ukrainie. Akurat w naszym środowisku turystycznym wiele osób tam często bywało to mieliśmy sprawozdania z pierwszej ręki. Głównie przebijała się w nich pustka na szlakach a właściwie na płajach (po ukraińsku to po prostu ścieżka górska) bo szlaków w latach 90-tych to tam raczej nie było. No i deszcz. Zakarpacie jest jednym z najbardziej mokrych miejsc w tej części Europy. Co do Ukrainy to dodatkowo Krzysiek jeszcze w gimnazjum jeździł tam dwukrotnie ze swoją klasą. Raz byli we Lwowie a raz w Kamieńcu Podolskim. Z jego relacji wynikało, że jest tam w miarę bezpiecznie i nie ma się czego obawiać.

Wszystko fajnie tylko w międzyczasie na Krymie i w Donbasie wybuchła wojna i wyjazd na Ukrainę z dnia na dzień stał się ryzykiem zbyt dużym dla wielu naszych znajomych. Postanowiliśmy się nie poddawać i dalej szukać kogoś do naszej kompanii na pierwszy wyjazd. Ostatecznie namówiliśmy Marcina z Agnieszką i ich synkiem oraz Sergiusza. Osoby obznajomione w Ukrainie bardzo więc byle wojna nie była ich w stanie przerazić. Czyli w sumie było nas siedem osób. Rozpocząłem poszukiwania właściwego miejsca i terminu.

Termin się sam znalazł. Idealna okazała  się przedłużona majówka 1-3 maja. Miejsce zaś się nam narzuciło samo. Skoro z tego Halicza tak pięknie widać pasmo Pikuja to jedźmy własnie tam. Będzie jak znalazł nawiązanie do polskich Bieszczadów. No tak, tylko jak znaleźć nocleg na tej całej Ukrainie. Wszyscy nasi znajomi nocowali w namiotach to żadnej pomocy z ich strony nie uzyskaliśmy. Trzeba było się rozejrzeć po forach internetowych. Na początku zupełnie naturalna wydawała się dawna strona Polska jako baza noclegowa. Znalazłem nawet dosyć ciekawe miejsce praktycznie pod samym Pikujem w Husnym Wyżnym. Jednak po dłuższej chwili szperania po mapach i forach spostrzegłem, że o wiele lepszym miejscem wypadowym dla całego naszego wyjazdu będzie Zakarpacie.

Kilka słów o Zakarpaciu. W dzisiejszych czasach praktycznie wszyscy używają tej formy nazwy obszaru Rusi oderwanego od Węgier w roku 1920. Jest to oczywiście określenie z perspektywy Ukrainy ale też i Polski. Obszar leżący za Karpatami całkowicie logicznie nazywamy Zakarpaciem. Jednakże historycznie te nazwy były inne. I zamierzam ich na swojej stronie również używać. Po pierwsze pomiędzy 1920 a 1938 to nie było żadne Zakarpacie tylko Ruś Podkarpacka leżąca w granicach ówczesnej Czechosłowacji. Stąd też te wszystkie słupki graniczne w Bieszczadach Wschodnich, Gorganach i w Czarnohorze mające z jednej strony P a z drugiej CS. Rok 1920 na słupkach bierze się od daty traktatu w Trianon, który formalnie oderwał te tereny od Węgier i przyznał Czechosłowacji. A określenie Ruś Podkarpacka jest jak najbardziej określeniem z Czeskiego punktu widzenia. Coś co leży przed Karpatami jest Podkarpaciem. Ale tak naprawdę historycznie jest to wszystko obszar dawnych węgierskich komitatów. I tak to się nazywało ponad 800 lat. W zdecydowanej większości od Stoha Marmaroskiego aż do Borżawy jest to Maramuresz.  Dalej w dolinie rzeki Latoryca spływającej na południe do Mukaczewa spod Pikuja jest to komitat Bereg. A na samym zachodzie dzisiejszego Zakarpacia w dolinie rzeki Uż jest to komitat Ung, który w sporej części znajduje się również na terenie dzisiejszej Słowacji. Jest jeszcze kawałek komitatu Ugocsa na samym południu nad Cisą, reszta pozostała na terytorium Węgier.

Czyli baza wypadowa w Beregu w dolinie rzeki Latoryca. Dosyć szybko okazało się dla mnie, że Ukraina również dołączyła do świata booking.com i najprościej jest tam szukać noclegów. Główne zalety tego rozwiązania to brak konieczności dzwonienia na Ukrainę i udawania, że mówienie mieszanką polskiego i dawno już zapomnianego rosyjskiego może załatwić sprawę. Oczywiście osobom, które lepiej czują się w mówionym ukraińskim albo rosyjskim polecam stronę Karpaty.info. Naprawdę olbrzymia baza kontaktowa wszelakich noclegów w całych Karpatach Ukraińskich. Pamiętajcie jednakże, że Ukraińcy z niewiadomego dla mnie powodu nie odpisują na maile i kontakt jest praktycznie jedynie telefoniczny. Wiktor Chudiak z Arniki w Osmołodzie tłumaczył mi to tym, że mają klawiatury z cyrylicą. Z praktyki – działa jedynie telefon.

Szybko na booking.com znalazłem bazę noclegową w Szczerbowcu koło Żdeniewa. Zaraz praktycznie pod Pikujem, na jego południowych stokach. W sam raz na siedem osób. Na górze trzy sypialnie a na dole dodatkowa kanapa w salonie, kuchnia i łazienka. Jest internet (rzecz dla Krzyśka absolutnie kluczowa oprócz dodatkowego zasilania dla telefonu). Rezerwacja całkowicie bezproblemowa.

Teraz trzeba zaplanować trasy. Jedziemy na pełne trzy dni to planujemy trzy trasy. Narzucają się oczywiście Pikuj, Ostra Hora i Połonina Równa. Trzeba się wyposażyć w mapy i przewodniki i wszystko posprawdzać. Dzisiaj na szczęście mamy do dyspozycji o wiele więcej materiałów niż na początku lat 90-tych ubiegłego wieku gdy dostępne były jedynie ksera dawnych map WiG. Na początek muszę wspomnieć o reprintach map WiG Pietera. Są dostępne praktycznie całe Karpaty. Mapy są poprawione i uaktualnione tam gdzie się da do stanu dzisiejszego. Pozycje must have. Dalej wielka niespodzianka, w którą nie bardzo chcą nawet wierzyć wieloletni bywalcy w Karpatach Wschodnich. Nowoczesne mapy ASSA Karpackie Ścieżki Wasyla Hutyriaka. Skala 1:50000. Pokryte całe Gorgany, Połonina Równa i pasmo Pikuja w Bieszczadach Wschodnich, Borżawa, Świdowiec i Połonina Krasna oraz Czarnohora. Ostatnio dodali nawet Czywczyny i Hryniawy oraz Góry Pokuckie. Mapy są rewelacyjne. Bardzo dobra treść turystyczna. Są również aktualizowane co kilka lat. Ja sam mam już dwie wersje map Czarnohory. W sumie to na dzisiaj najbardziej mi brakuje Beskidu Skolskiego. Link do informacji o aktualnym zasięgu map: ASSA Karpackie Ścieżki. Z przewodników najlepsze moim zdaniem są pozycje Grzegorza Rąkowskiego dostępne chociażby w oficynie Rewasz. Dokładnie opisane w dwóch tomach tereny galicyjskie Karpat Wschodnich: Ukraińskie Karpaty i Podkarpacie części wschodnia i zachodnia oraz Ukraińska Bukowina i Besarabia. Niestety cały czas jest niedostępne Zakarpacie.

Plan ustalony. Celujemy w trzy szczyty: Pikuj, Ostra Hora i Połonina Równa. Wycieczki będą jednodniowe w modelu, że rano ktoś nas zawiezie w wybrane miejsce i przez nasze cele wrócimy do Szczerbowca.

Wyruszamy naszą trójką rano naszą Laguną. Pozostała czwórka wyjechała wczoraj z noclegiem w Lublinie. Ignorujemy googla, który sugeruje przejazd przez Warszawę i jedziemy na południe poprzez Białobrzegi i Kozienice na Puławy. Potem rozkoszujemy się nowo oddaną ekspresówką aż do Piasek za Lublinem.

Dojeżdżamy do Hrebennego i tutaj niemiłe zaskoczenie. Lądujemy w jakiejś olbrzymiej kolejce do przejścia granicznego. Podobno popsuł się system komputerowy i nie wiadomo kiedy coś się ruszy. Postanawiamy nie czekać tylko jechać do innego przejścia granicznego, położonego bardziej na południe Budomierza. Wracamy do Bełżca i jedziemy drogą poprzez Narol i Lubaczów. W Narolu na chwilę zatrzymujemy się przed pałacem. Byliśmy tu ostatnio gdzieś w 1995. Wtedy to była totalna ogólnodostępna ruina. Dzisiaj widać, że pałac został wyremontowany ale stoi ogrodzony i niedostępny. Wygląda na niezamieszkany przez nikogo.

Dojeżdżamy do Budomierza. Bardzo sprawnie i szybko przekraczamy granicę. Przypomnieliśmy sobie jak to kiedyś w takich miejscach bywało wszędzie. Do dobrego Schengen przyzwyczailiśmy się bardzo szybko. I wjeżdżamy na Ukrainę. Ze zdziwieniem stwierdzamy, że te wszystkie opowieści o ichnich drogach to chyba bujda. Piękna i równa droga asfaltowa od samej granicy. Dojeżdżamy do ronda przed Hruszowem. Wjeżdżam na nie. Pierwszy zjazd jakaś polna droga to pewnie trzeba jechać dalej. Drugi zjazd ponownie polna droga. Jadę dalej rondem i dojeżdżam do punktu wyjścia. Tak wyglądało nasze bolesne wejście do rzeczywistości na drogach ukraińskich. Oczywiście jedna z tych polnych dróg to była nasza dalsza trasa. Jedziemy strasznie podziurawioną drogą przez Hruszów. Bardzo szybko staje się jasne, że to jest standard na Ukrainie. Dodatkowo trochę dusza na ramieniu bo przecież tutaj wojna i jakby na potwierdzenie tego za chwilę pojawia się budka z uzbrojonym żołnierzem. Sami się nie proszeni zatrzymujemy aby zapytać jak tutaj najlepiej jechać na Lwów. Pierwsze koty za płoty, gość był trochę niedzisiejszy ale uprzejmie nam pomógł skierowując nas na właściwą drogę przez Niemirów do Jaworowa. Nic się nie stało. To może jednak przeżyjemy na tej Ukrainie.

Dalej w przyśpieszonym tempie przechodzimy kurs jazdy po ukraińskich drogach. Pragnę to dosyć szczegółowo wyjaśnić bo proste stwierdzenie, że jest tam zły stan dróg nie oddaje skali zjawiska. Nie chodzi o to, że nie mają tam asfaltu i jeździ się jak na przykład na Łotwie po szutrowych mocno kurzących drogach. Ukraińskie są po prostu nie remontowane po zimie albo remontowane z bardzo dużym opóźnieniem. My jechaliśmy pod koniec kwietnia. Spotyka się tam dwa rodzaje przeszkód na drodze. Dziury, wyglądające jak leje po bombie, które trzeba omijać ale da się ominąć i rowy w poprzek, wyglądające jak zasieki przeciwczołgowe, których nie da się ominąć i trzeba jakoś to przejechać. Najgorsze jest to, że czasami są, nawet stosunkowo długie, odcinki dobrej drogi. Człowiek zdąży się rozpędzić do 50-tki i jeżeli na czas nie zahamuje wpada w lej albo rów. I tak na okrągło. Generalnie średnia powyżej 30 km na godzinę jest sukcesem.

Bez strat przebijamy się do Jaworowa i do drogi na Lwów. Dalej oddychamy z ulgą bo okazuje się, że jednak są tutaj drogi w dobrym stanie tylko trzeba wiedzieć które. Ta na Lwów taką jest. Kolejny szok przeżywamy na obwodnicy Lwowa. Remont wiaduktu kolejowego i jest stosunkowo krótki objazd ulicami Gródecką i Awiacyjną na obrzeżach Lwowa. Ta druga to już masakra do kwadratu. Jakoś się pozbieraliśmy do kupy, wracamy na obwodnicę i po chwili skręcamy na południe. Droga M06 prowadzi docelowo na przejście graniczne z Węgrami w miejscowości Czop i tak wskazują znaki.

Ale co to za miasto ten Czop? Węgierski Csap, małe miasteczko zamieszkane na początku zeszłego wieku praktycznie w całości przez Węgrów miało z węgierskiego punktu widzenia tego niefarta, że było węzłem kolejowym łączącym całe ówczesne Podkarpacie z Użgorodem i z Koszycami. A wówczas transport kolejowy miał kluczowe znaczenie. Wobec tego kryterium etniczne okolic Csap zostało w Trianon pominięte i całość przyłączona do Czechosłowacji. Szerzej podobny scenariusz można zaobserwować śledząc w jaki sposób dzisiaj przebiega linia kolejowa z Czopu do Koszyc. Csap zostało zamienione w 1920 w Czop, połowa Węgrów wyemigrowała, reszta się wpasowała w nową rzeczywistość. I dzisiaj jadąc ze Lwowa na południe znaki nie kierują na Stryj czy też na Mukaczewo tylko na graniczny z Węgrami mały Czop.

Droga M06 jest jak na ukraińskie warunki bardzo dobra. Reszta naszej grupy w tym czasie jechała z Lublina polskimi drogami do Medyki i dalej poprzez Sambor drogą H13 do Boryni przed przełęczą Użocką i drogą T1423 dobili do drogi M06. Dość powiedzieć, że byliśmy w Szczebowcu trzy godziny przed nimi mimo, iż jechaliśmy z Warszawy i dłuższą drogą. Później jeszcze kilka razy byłem ostrzegany aby z Użgorodu do Lwowa nie jeździć drogą H13 przez przełęcz Uzocką.

Po drodze ze Lwowa mijamy najpierw Stryj i później za Synowódzkiem Wyżnym zagłębiamy się w Beskidy Skolskie. W pewnym momencie jest ładna perspektywa na połoninę Paraszki. Dalej mijamy obwodnicą Skole, skrzyżowanie dróg na Sławsko i dojeżdżamy do wsi Koziowa. Tam znajduje się wzorcowy przykład cerkwi po przebudowie. Z jakiegoś mi bliżej nieznanego powodu wszystkie te kiedyś piękne budowle, które mogłyby być fantastycznie odrestaurowane są zwyczajnie w świecie oszpecane. Dachy są kryte na potęgę złotą i srebrną folią z dodatkiem elementów błękitnych. Koszmar.

Przed przełęczą bardzo ładnie prezentuje się Pikuj 1408, który zamierzamy podczas tej wyprawy zdobyć. Przekraczamy dawną granicę Polski i wjeżdżamy na Zakarpacie do historycznego komitatu Bereg. Po drodze jeszcze jeden posterunek z żołnierzami przy skręcie na wschód na Wołowiec. Przejeżdżamy bez zatrzymywania i po chwili skręcamy na zachód na Żdeniewo. Tylko zjechaliśmy z M06 i od razu poczuliśmy to pod swoimi kołami. Do Szczerbowca dojeżdżamy już mocno zniszczoną nawet jak na ukraińskie warunki drogą. Odnajdujemy stosunkowo szybko naszą bazę Private House Szczerbowiec. Wprowadzamy się do środka. Obiektem w imieniu gospodarza opiekuje się sąsiadka, z którą wszystko ustalamy. Reszta, jak już wcześniej wspomniałem, pojawia się po około trzech godzinach. Szykujemy trasę na jutro. Decydujemy, że na pierwszy ogień pójdzie Ostra Hora 1405.

Dodaj komentarz