2016 06 27 – Stoh Marmaroski

2016 06 27 E9 Stoh MarmaroskiDziewiąty dzień piątej wyprawy w Karpaty Wschodnie. Wracamy na chwilę do naszych mniejszych plecaków przeznaczonych na wycieczki jednodniowe. Dzisiaj idziemy z Szybenego drogą Mackensena na Ruski Dił i Rohy 1556, potem pograniczną drogą na Stoh Marmaroski 1650. Wracamy planowo żółtym szlakiem wzdłuż potoku Szybenego. Będzie się dużo działo a wydawało się nam, że to zwykła kolejna jednodniowa wycieczka. Ale po kolei. Wychodzimy z bazy Alina Maria w Szybenem tym razem po śniadaniu (później zabrakło tych trzech godzin). Najpierw klasycznie meldunek na strażnicy pograniczników. Po swoich doświadczeniach bardzo polecam trzymanie się dokładnie instrukcji postępowania w terenie przygranicznym przedstawionym przez Adama Rugałę na stronie rugala.pl. I dodatkowo wydrukowanie sobie kilku kopii. 2016 06 27 E9 Stoh Marmaroski MapaNawet nie pozwoleń bo czegoś takiego nie dostaniemy mailem. Wystarczy wydrukować maila z podaniem do szefa pograniczników w Czerniowcach.  My właśnie tych kopii nie mieliśmy ze sobą co okazało się częściowo błędem. Jedni wierzyli nam na słowo a inni niestety nie. Pograniczników z Szybenego już zdążyliśmy poznać. W sumie bardzo sympatyczni ludzie. I dodatkowo to uwaga do wszystkich Ukraińców. IMG_3434Są bardzo uczynni i pomocni. Mam wrażenie, że Polaków dosyć lubią. W Szybenem nam powiedzieli, że możemy iść drogą wzdłuż granicy tylko będziemy musieli się ponownie zameldować w strażnicy na Rohach. Wyruszamy spod szlabanu, mijamy dwa mostki w Szybenem nad Czarnym Czeremoszem. Wchodzimy na drogę Mackensena. Ma już 100 lat ale cały czas jest w użyciu i znajduje się w bardzo dobrym stanie. Wchodzi się nią do góry po prostu rewelacyjnie. IMG_3435Bez żadnego zmęczenia dochodzimy do strażnicy w Rohach. Tam spotykamy kolejnego sympatycznego strażnika, który klasycznie nas prosi o paszporty, pyta po co i gdzie idziemy. Gdy dowiaduje się, że jesteśmy turystami z Polski klasyfikuje nas jako niegroźnych maniaków, którym się chce chodzić po górach. Rejestruje nas w swoim kajecie, uczula abyśmy nie przekraczali granicy i nie robili zdjęć infrastruktury granicznej. IMG_3439Chwila żartów bo właśnie Polska wygrała ze Szwajcarią a wcześniej z Ukrainą i idziemy dalej. Uczula nas jeszcze abyśmy uważali na burze. Wczoraj ponoć na Rohach spadł grad wielkości orzechów włoskich. Dochodzimy do granicy. Droga Mackensena za Kopilaszem 1594 schodzi na rumuńską stronę docelowo do Ruskiej Polany (Poienile de sub Munte). Wsi huculskiej na terytorium Rumunii. Dalej idziemy drogą pograniczników idącą cały czas kilka lub kilkadziesiąt metrów po ukraińskiej stronie granicy. IMG_3440Stworzonej po drugiej wojnie światowej do ochrony ówczesnego terytorium sowieckiego. Tą samą drogą będziemy szli za dwa i trzy dni podczas wyprawy na Czywczyn i Hnitessę. Dochodzimy do Stoha Marmaroskiego 1650. Ze zdziwieniem stwierdzamy, że zaraz przy nim pojawiła się świeżo zbudowana kolejna strażnica pograniczników. Niestety ci byli wyjątkowo młodzi i niesympatyczni. Nie uwierzyli nam na słowo, że mamy pozwolenie szefa w Czerniowcach na wejście na szczyt i nam tam nie pozwolili wejść. Klasycznie nas za to spisali do swojego kajetu. Poobserwowaliśmy z jaką trudnością spisują łacińskie litery z naszych paszportów. Chyba ich tego w szkole nie uczą. Na koniec chyba dobrze się stało, że na szczyt tego Stoha Marmaroskiego 1650 nie weszliśmy. Zaczęło się mocno chmurzyć i postanowiliśmy czym prędzej schodzić z grzbietu. IMG_3449Tym bardziej, że zaczęło grzmieć i to dosyć blisko nas. Szybko przeszliśmy trawers Raduła 1598 czerwonym szlakiem. Doszliśmy do żółtego szlaku i zaczęliśmy schodzić z grzbietu. Po drodze jeszcze na chwilę wyjrzał zza chmur Jego Wysokość Pop Iwan Czarnohorski 2028 i dał się nam sfotografować. Na zdjęciu widać wyraźnie obserwatorium astronomiczne na szczycie. Schodzimy do doliny Szybenego. Po zejściu do lasu postanawiamy rozłożyć się na obiad oraz herbatę. Zaczyna coraz poważniej grzmieć nad nami. Zwijamy się po obiedzie i dalej schodzimy w dół. Po jakimś kilometrze rozpętuje się nad nami burza. Postanawiamy ją przeczekać. Miejsce na to jest bardzo dobre. Jesteśmy w lesie, zdecydowanie poniżej grzbietu. Nie ma koło nas ani pojedynczych drzew ani strumienia w bezpośredniej bliskości. Zakładamy peleryny. Siadamy na karimatkach i postanawiamy przeczekać nawałnicę, która się właśnie rozpętała nad nami. Pioruny walą naprawdę blisko. Po około pół godzinie deszcz przestaje padać. Wychodzi nawet słońce. Myślimy sobie, że właśnie najgorsze minęło. IMG_3451Ale okazało się, że czekało nas tego dnia jeszcze sporo niespodzianek. Pierwsza z nich pojawiła się stosunkowo szybko. Spadło tyle deszczu, że strumyki pozamieniały się w wielkie strumienie i przejście każdego kolejnego z nich okazało się coraz trudniejsze. Przy pierwszym zdejmujemy buty i korzystając z przewalonego drzewa przedostajemy się na drugą stronę. Dalej idziemy drogą, która zamieniła się w rwący potok ale lawirując udaje nam się przejść do miejsca gdzie jest zaznaczony punkt odpoczynku. Schodzą się tutaj drogi z przełęczy Szybeńskiej, ze Szczawnika 1426 i nasz żółty szlak. Ale schodzą się tutaj również trzy strumienie. Nasz stary znajomy potok Szybeny po drodze wzbogacony jeszcze w wody ze zboczy Szczawnika 1426 oraz potok Wipczynka z północnych stoków Popa Iwana Czarnohorskiego 2028. Stajemy przed mocno wzburzoną rzeką o szerokości z 10 metrów. Wygląda, że głębokość jest około jednego metra. Nie ma jak tego obejść. Trzeba przejść. Przerzucamy buty na drugi brzeg i boso przechodzimy przez rzekę. Prąd jest tak bardzo silny, że trzeba się mocno wysilić aby nie dać się nurtowi. Przeżyliśmy kilka trudnych chwil w tym miejscu. Po drugiej stronie jak gdyby nigdy nic ławeczka i stolik. Mapa nie kłamie. Jest miejsce na odpoczynek. Zakładamy mokrawe buty i idziemy dalej z dużą nadzieją, że to już koniec naszych przygód. Po chwili okazuje się, że to nie koniec. Trafiamy na wpół rozwalony mostek. Wchodzę na niego ostrożnie pierwszy, staję na ruchomej belce, która się nagle przechyla i wpadam jedną nogą do wody. Na szczęście łapię się głównego drąga i z pomocą reszty wyciągam się na wierzch. Udaje nam się to wszystkim jakoś przejść. Dalej droga zamienia się w bardzo wartki strumień. Woda na całej szerokości miejscami po łydki. Wchodzimy na zbocze i idziemy przez kilometr wzdłuż strumienia jarem. Tak udaje nam się dojść do kolejnej dolinki dochodzącej od południa. Z mapy widzimy, że powinien być tam kolejny mostek na głównej rzece. Jeżeli go nie będzie to nie wiem w jaki sposób przejdziemy na drugą stronę. Rozwalony ale na szczęście zostało go na tyle, że daje radę przejść. Przechodzimy na drugą stronę rzeki. Przed nami opuszczone zabudowania. Już naprawdę myślimy, że to koniec. Ale znowu powtórka z rozrywki. Dodatkowo burza wraca. Droga ponownie zamienia się w rwący strumień. Woda po łydki. Znowu włazimy na zbocze i przy walących piorunach idziemy tak kilkaset metrów do miejsca gdzie droga wchodzi trochę wyżej i chwilowo udaje się po niej iść. Tak dochodzimy do punktu kulminacyjnego naszej wycieczki. Dopływu Gropiniec spływającego od północy bezpośrednio z Popa Iwana Czarnohorskiego 2028. IMG_3453Tutaj nawet nie ma mostka. Spotykamy pasterzy jadących na połoninę. Mówią, że dalej nie przejdziemy. Mamy już dosyć. Chwytamy się za ręce i po prostu przechodzimy tą kolejną rwącą szeroką na 5 metrów rzekę na wprost. Woda po pas, już nie zdejmujemy butów ale masa trzech połączonych osób powoduje, że przechodzimy zadziwiająco łatwo. Teraz wiemy, że tak trzeba było od początku. I to już koniec chociaż jeszcze wówczas o tym nie wiedzieliśmy. Zostało nam 5 kilometrów do naszej bazy Alina Maria w Szybenem. Dalej już były mostki nad dopływami i nie przechodziliśmy na drugą stronę głównej rzeki. Przed Pohorylcem jeszcze zabawne spotkanie z pijanym pasterzem szukającym zagubionej krowy. Potem jeszcze spotykamy jego sąsiadkę też szukającą chyba tej samej krowy. Z Pohorylca już wiemy, że droga jest dobra bo szliśmy tędy wczoraj. Tylko na koniec burza ponownie zaczyna dawać się we znaki ale po naszych przeżyciach z ostatnich godzin jakoś zrobiło to nas mniejsze wrażenie. Dochodzimy do Szybenego. Postanawiamy jutro ogłosić „dzień dziecka” i porządnie się wysuszyć w naszej bazie przed trzydniową wyprawą w Czywczyny i Hryniawy. Oczywiście gdybyśmy wyszli dzisiaj z bazy bladym świtem jak to mamy w zwyczaju zapewne uniknęlibyśmy tych wszystkich przygód.

Do mojej subiektywnej klasyfikacji kanonu szczytów Karpat Wschodnich z dzisiejszego dnia zaliczam Stoh Marmaroski 1650.

Pobieranie

Dodaj komentarz